-
Marta Croft i Kamienna Bestia
Data: 29.06.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... Moje ciało drżało. Jego ręka, wielka i ciężka, uniosła się – dotknął mojego policzka z zadziwiającą delikatnością. Oczy zamgliły mi się, nogi zrobiły się miękkie. Nagle otoczył mnie ramionami i uniósł bez wysiłku, jakby byłam lekka jak piórko. Zaniósł mnie na ołtarz, skąpany w świetle pulsującego kryształu. Czułam, się jakbym była ofiarą. Ale nie w sensie krwi – w sensie pożądania. Złożył mnie delikatnie na chłodnym kamieniu, a potem stanął nade mną, patrząc mi głęboko w oczy. – Posiądę cię – zabrzmiało nagle w moim umyśle. Nie jego ustami. Głosem, który wypełnił całe wnętrze świątyni, jak echo samej ziemi. Zanim zdołałam wypowiedzieć choć jedno słowo, przycisnął moje nadgarstki do kamiennego ołtarza, unieruchamiając je jednym ruchem dłoni. Jego ciało zbliżyło się bez ostrzeżenia – ciężkie, chłodne, potężne. Moje serce przyspieszyło, a oddech urwał się w gardle. Nie mogłam się ruszyć. Byłam całkowicie w jego władzy. Poczułam, jak jego twardość naciska na mnie, bez litości. Powoli, bez pytania, wtargnął we mnie – siłą, brutalnym pięknem pradawnej siły. Rozchyliłam usta w niemym jęku, ciało zapłonęło falą szoku i ekstazy. Każde jego pchnięcie było jak rozkaz. Rytmiczne. Bezlitosne. Głębokie. Nie był delikatny – nie miał być. On nie kochał. On brał. I właśnie to doprowadzało mnie do obłędu. Mój brzuch drgał, nogi były rozwarte szeroko, a ja już nie wiedziałam, czy krzyczę ze strachu, czy z czystej rozkoszy. Gdy próbowałam się poruszyć, jego ręka złapała mnie ...
... mocniej – drugą dłonią przycisnął moje gardło. Nie dusząc, ale przypominając: należysz do mnie. Pochylił się nad moim uchem, a jego głos był jak grzmot: — Teraz jesteś moja. Tylko moja. Ciało mi drżało, biodra unosiły się mimo woli, chcąc więcej, więcej, jeszcze głębiej. Był we mnie do końca, do samego dna. Pchał się jakby chciał mnie rozedrzeć i złożyć na nowo. A ja – głupia, słaba, chcąca – pragnęłam tego z całą sobą. Moje piersi rozlewały się po kamieniu, a jego dłonie nie pozostawały obojętne – ściskał je, ugniatał, jakby to była jego własność. Bo była. W tej chwili wszystko moje było jego. Każdy krzyk, każdy skurcz mięśni, każdy zakątek wnętrza. Pchnął mnie mocno, gwałtownie, wbijając się jeszcze głębiej – aż jęknęłam błagalnie, choć nie wiedziałam już, czy błagam o litość, czy o więcej. — Posiadłem cię w pełni — syknął do mojego ucha, i to zdanie sprawiło, że coś we mnie pękło. Eksplozja. Całe moje ciało wygięło się w spazmach, a ja krzyczałam, zaciskając się na nim w drżącym, niekończącym się orgazmie. Ale on nie przestawał. Byłam tylko jego – zmuszona do przyjęcia więcej, niż kiedykolwiek myślałam, że zniosę. Wypełniał mnie bez końca, twardy jak skała, żywy jak ogień. Gdy wreszcie głęboko, brutalnie, z ostatnim, miażdżącym pchnięciem – zamarł we mnie jak zamknięta brama świątyni. I wtedy mnie puścił. Opadłam na chłodny kamień jak wypalona świeca, roztrzęsiona, naga, zdobyta. Już nie Marta. Byłam trofeum. I należałam do niego. Leżałam wciąż ...