-
Utulnia
Data: 28.09.2025, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... telefonów do lokalnej komórki partyjnej oraz uruchamiając swoje kontakty, załatwił o wiele tańszą i bardziej atrakcyjną eskapadę w ówczesnej Czechosłowacji. Jego liceum było zaprzyjaźnione z podobnym liceum po słowackiej stronie. W tamtych latach, jadąc do Czechosłowacji, należało być ostrożnym w stwierdzeniach, że jest się w Czechach, będąc na Słowacji, i odwrotnie. On załatwił wszystkie sprawy logistyczne – noclegi w przyszkolnych internatach za naprawdę niewielkie pieniądze, z wyżywieniem w szkolnych stołówkach włącznie. Pozostała tylko kwestia wyrobienia paszportów. W tej sprawie pomogła matka Janusza, pracująca w WSW, która zapewniła, że wnioski paszportowe zostaną szybko załatwione i nie będzie problemu z uzyskaniem tego dokumentu dla dzieci. Problemem mogli być opiekunowie, którzy musieli z nami jechać. Szybko ustalono, że na grupę liczącą 24 nastolatków potrzebnych jest minimum trzech, a najlepiej czterech opiekunów. Oczywiste było, że pojedzie nasza wychowawczyni, ojciec Włodka, który miał doświadczenie w słowackich górach, oraz zastępca dyrektora szkoły, nauczycielka chemii, pani Zofia. Niestety pani Zofii cofnięto wniosek paszportowy. Jak wieść gminna niosła jej rodzony brat wcześniej nielegalnie przekroczył granicę PRL i teraz przebywał w Austrii. Szybkie poszukiwania trzeciej osoby zakończyły się na świeżo przyjętej nauczycielce WF-u, pani Agnieszce. Przemawiało za tym to, że wycieczka odbywała się w góry, a ona uczyła wychowania fizycznego. Zgrabna, mająca ...
... około 165 centymetrów wzrostu szatynka, zawsze z włosami spiętymi w koński ogon, została przez nas, męską część ósmoklasistów, wybrana Miss Szkoły. Szczupła, zgrabna, wesoła i pogodna. Moi koledzy i ja żałowaliśmy, że nie mieliśmy zajęć z nią, tylko z tym Robertem. Ten smalił do niej cholewki, co było widać, lecz ona odbiła jego zaloty. Na koniec wszystkie osoby wyjeżdżające miały paszporty i, co nie mniej ważne, książeczki walutowe. Ostatnie dni przed wyjazdem klasa żyła tylko tym. Jechali prawie wszyscy. Wypadły dwie osoby. Krzysiek zachorował na świnkę, a starszy z nas, „kiblujący” Krzysiek, złamał nogę. Każdy z naszych rodziców wniósł coś, by ten wyjazd się udał. Ojciec Piotra, zawodowy kierowca autobusu zakładowego, załatwił w swojej firmie nowoczesnego Autosana na naszą podróż. Zapewniono nam wszystkim ubezpieczenie turystyczne, w tym w góry. Na ten wyjazd czekaliśmy z niecierpliwością. Miał to być nasz ostatni raz w tym gronie, ostatni raz jako nastolatków. Ostatnie spokojne spotkanie, na luzie i w pięknych okolicznościach przyrody. Większość z nas chodziła po górach. Mieszkając w tym miejscu, nie sposób było tego nie uprawiać. Były co prawda wyjątki, jak Kaśka i Aśka, dwie papużki nierozłączki, zawsze zmęczone i niezadowolone, gdy trzeba było włożyć w coś więcej wysiłku. Teraz jednak zgodziły się na wyjazd bez żadnych „ale”. ++++++ – Po co pakujesz ten kompas i mapę? Przecież jedzie z wami ojciec Włodka – zapytała mnie mama, widząc, że wrzucam te rzeczy do ...