-
Spalam się (wersja końcowa)
Data: 28.11.2025, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... głęboką wodę, w której nie zawsze potrafiłem sobie poradzić (do dzisiaj tak jest!). Rozpoczynając drugą klasę, miałem w końcu nadzieję na skuteczne zaliczenie jakiejś panienki, najlepiej, żeby to był ktoś równie mało doświadczony, co ja. Uniknięcie kompromitacji, związanej ze zbyt szybkim wytryskiem, było krytycznie ważne. Po szkole fruwały co rusz plotki o tym, że jeden lub drugi wyrwał jakąś dupcię, ale cała akcja skończyła się w myśl zasady „cztery ruchy, worek suchy”. Gorąco i usilnie chciałem temu zapobiec. Zarówno z przyczyn wizerunkowych (mimo iż nie byłem jakimś playboyem, powodzenie wśród płci pięknej miałem całkiem, całkiem), jak również z mentalnych – nic tak nie buduje męskiego ego, jak udane rżnięcie, o czym miałem okazję kilkukrotnie przekonać się w kolejnych latach, już w czasach dorosłości. Mimo to w pierwszym roku nauki w szkole ponadpodstawowej nie udało mi się zakisić ogóra, a na początku kolejnego nie zanosiło się na zmianę sytuacji. Martwiło mnie to, ile można walić konia? Oczywiście lubiłem to, czasem jechałem na ręcznym kilka razy dziennie, na pamięciówkach, związanych z koleżankami z klasy, szkoły, a najczęściej do podkradanych ojcu pornosów na VHS albo świerszczyków, które nieudolnie chował w łazience na górnej półce szafki z kosmetykami. Byłem jedynakiem, więc nie ryzykowałem nakrycia w trakcie masturbacji przez rodzeństwo, a rodzice, świadomie lub nie, dawali mi dużą przestrzeń, chyba wiedząc, że w moim wieku napięcie seksualne skacze jak ...
... szalone, a hormony wariują, niczym platynowa blondynka na widok nowego modelu białych kozaczków. Pewnego ciepłego, piątkowego poranka w drugiej połowie września przekroczyłem zadowolony z siebie próg szkoły i wbiłem bez zawahania się do szatni. Kolega Mały (tę niezbyt oryginalną ksywę nadano mu, kiedy na WF–ie stanęliśmy do „kolejno odlicz” i przerastał następnego za nim pod względem wzrostu o głowę, liczył sobie wtedy, nie przymierzając ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów) na wejściu przybił piątkę i rzucił. – To co, dzisiaj? Umawialiśmy się od tygodnia na wagary i picie alkoholu. W pierwszej klasie do świeckiej tradycji należało przynajmniej raz w miesiącu spotykanie się u któregoś z nas na chacie, kiedy starzy byli w pracy i upijanie się wódką albo winem (piwo było zbyt mało wydajne). Kilka razy udało nam się konkretnie zbetonić, a do historii przeszła akcja, kiedy Mały z Jordanem (ksywa z powodu świetnej gry w kosza) wypili tyle, że pospali się i nakryła ich matka Małego, wracająca niespodziewanie wcześniej z pracy. Musieli się nieźle nagimnastykować, żeby nie zorientowała się, jak są porobieni. – No dzisiaj, dzisiaj – odparłem bez entuzjazmu. Lubiłem napić się alkoholu, ale entuzjastą w przeciwieństwie do kumpli z klasy, nie byłem. Mimo to uczestniczyłem w popijawach i wszelakiej maści imprezach, żeby nie wypaść na margines, poza tym pijąc, w oczach lasek byłem bardziej „cool” (takie czasy, moi drodzy). – Mam dwa razy litr „Premium” w domu, przed wyjściem ...