-
W ogniu wody
Data: 21.03.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
Plac wysuszonej trawy pomiędzy Pomyłką Małą a pobliskimi lasami gościł prawdopodobnie najszczęśliwszych ludzi na świecie. Rozchichotane dzieciaki z balonikami w dłoniach i buziami oblepionymi watą cukrową biegały radośnie między straganami, na których mieszkańcy prezentowali swoje najznakomitsze produkty. Swojskie sery rywalizowały o uwagę z przyrządzanymi według pokoleniowych receptur wędlinami, zaś smakowite miodowniki toczyły nierówną walkę z podrobami w słoikach. Kto od niezwykłej mieszaniny zapachów dostawał zawrotów głowy, opuszczał Aleję Dobroci z posmarowaną smalcem pajdą chleba od Gizińskich i kierował się ku stoiskom z ceramiką, haftami lub drewnianymi zabawkami domowej roboty. Jak zapewniała stworzona na podobę sołtysa słomiana figura z czarnym wąsem, na organizowanych przez włodarza dożynkach każdy znajdzie coś dla siebie. Wszystkiemu bacznie przyglądała się grupa czerwonoskórych mężczyzn. Siedzieli oni na ulokowanych w centrum wydarzeń ławeczkach, schronieni pod parasolami przed palącym słońcem. Nie od słońca byli jednak czerwoni, lecz od zachłannej degustacji robionych po sąsiedzku win i nalewek. Ich ożywione dyskusje zagłuszane były wątpliwym talentem występującej na scenie śpiewaczki, a kiedy milkła – dopingiem drużyn biorących udział w turnieju o Puchar Sołtysa. Prestiżowe trofeum co roku trafia w ręce rodziny, która zdobędzie najwięcej punktów w czterech konkurencjach indywidualnych oraz jednej drużynowej. Jako że każdy członek zespołu może tylko ...
... raz wystąpić w pojedynkę, dziesiątkowane niżem demograficznym społeczeństwo wystawiło zaledwie sześć ekip. – No, dawać, dawać! – krzyczeli ustawieni dookoła kibice. Składająca się z tylko jednego mężczyzny drużyna Maków dzięki potędze młodości dotarła do finału przeciągania liny, gdzie stawiała zaciekły opór rosłym Krawczykom. Obie drużyny zapierały się mocno nogami, ich twarze wykrzywiały grymasy zmęczenia. Wola walki czarnego konia zawodów ostatecznie okazała się niewystarczająca wobec brutalnej siły mięśni. W pewnym momencie coś się załamało. Maki zostały wyrwane z podłoża i poleciały prosto na twarz. – Dziesięć punktów dla Krawczyków! – obwieścił przez mikrofon Paweł Kozioł. Głowy zebranych skierowały się ku scenie, gdzie odziany w kraciastą koszulę i szelki Staszek starannie zapisywał punkty na tablicy wyników. Drugie miejsce pozwoliło Makom utrzymać prowadzenie, objęte po spektakularnym zwycięstwie babki Marianny w rywalizacji na najpiękniejszy ludowy strój. Krystyna Mak uśmiechnęła się kwaśno, nie mogąc odepchnąć od siebie myśli, że ostatki włosów Staszka dawały się zaczesać już tylko na Golluma. Otrzepała dżinsowe spodenki i ciężko podniosła się z kolan. Czuła się fatalnie, a pełna emocji wrzawa docierała do niej jakby spod wody. Z nieobecnym wyrazem twarzy pogratulowała rywalom; przybiła po mizernej piątce ze swoimi. Wszystkimi oprócz kuzynki Poli, którą minęła jak powietrze. Nie mogła jej wybaczyć, że zamieniła tak długo wyczekiwany dzień w istny ...