-
W ogniu wody
Data: 21.03.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... wymoczka usłyszała, że chodzi o konkurs miss mokrego podkoszulka. Stanowczo odmówiła. Być może nazbyt stanowczo. Między dziewczynami wywiązała się kłótnia, w której wzajemnie nakręcone zwymyślały się od najgorszych. Dawniej ich przyjaźń latami kruszyła rozłąka na spółkę z czasem. Tym razem w dopiero co odbudowaną relację wbiły po wielkim klinie poczucia wykorzystania i porzucenia. Od tego czasu nie zamieniły ze sobą ani słowa. Podczas pozbawionej celu tułaczki po festynie Kryśka myślała właśnie o poprzednim wieczorze. Raz gapiła się na skaczące po dmuchanym zamku dzieci, raz głaskała trzymane w prowizorycznej zagrodzie alpaki, ale w istocie nieobecna, wciąż zadawała sobie jedno pytanie: czy dobrze zrobiła, odmawiając pomocy? Nadal nie mogła pogodzić się z faktem, że Pola zaprosiła ją do siebie celem wymigania się od kłopotliwego występu, a i tak źle się czuła z opuszczeniem jej w potrzebie. Okularnica skazana była przecież na sromotną klęskę, zawiedzenie rodziny, może nawet ciężkie upokorzenie przed sąsiadami. Z drugiej strony, dlaczego jej nie miałoby spotkać to samo? – Ale masz balony! – Stojący przed nią Szulc zrobił wielkie oczy. Jego szeroko rozłożone ręce gotowe były do szybkiego łapu-capu. Krystyna stanęła jak wryta. Nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Niechybnie czekała, aż oblech wymaca sobie, co zechce, kiedy pod ręką śmignął jej mały urwis z kilkoma balonikami na sznurku. Z pełną prędkością wpadł w objęcia tatusia. Krystyna minęła ich pośpiesznie, ...
... niesiona wołaniem sołtysa do kolejnej konkurencji. Skoro paraliżował ją jeden facet, jakim cudem miałaby wystąpić przed dwustoma, może trzystoma mieszkańcami? Absolutnie wykluczone. Podążyła za tłumem do wytyczonej wbitymi w ziemię pachołkami trasy wyścigowej. Mężczyźni czekali na linii startu w jutowych workach. Przez parę sekund słychać było tylko pianie koguta z najbliższego gospodarstwa. Napięcie rosło. W końcu sołtys dmuchnął co sił w gwizdek i ruszyli! Już na pierwszym wirażu walka bark w bark między Wroną a Krawczykiem zakończyła się wywrotką obu panów, którzy lecąc na ziemię, pociągnęli za sobą trzeciego uczestnika. Kraksy uniknął Antoni Mak. Od pierwszych sekund złapał równy rytm i samotnie uciekał stawce. Hop, hop, hop! – dało się wyczytać z jego ruchu warg. Codzienne treningi na podwórku nie poszły na marne. Mężczyzna bez problemu mijał kolejne zakręty, sprawnie zatoczył koła na podwójnej pętli i popędził długą prostą do mety. Powoli opadał z sił, ale szaleńcza pogoń pozostawała w tyle. Kiedy stało się jasne, że nic nie odbierze Makom dziesięciu punktów, podniosły się wrzaski z celebrującej wielkie zwycięstwo widowni. Zdekoncentrowany Antoni przeoczył nierówność w trawniku, przez co drugi raz tego dnia poleciał jak długi na glebę. Mało tego! Dłuższą chwilę nie mógł wygramolić się z worka i zanim wstał, minęło go dwóch konkurentów. Do końca wyścigu nie złapał już swojego rytmu. Finalnie przed samą metą wyprzedził go ostatni rywal. Ukończenie biegu na szarym końcu ...