-
Za linią snu. Cz.3
Data: 26.06.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
Marta przyglądała się Damianowi z kanapy, powoli obracając kieliszek z winem w palcach. Czerwień płynu sączyła się po ściankach szkła jak krew. Oparła się wygodnie, wyciągając bose stopy na poduszce, i uśmiechnęła się w sposób, który znał już na pamięć – uśmiech, który nie zapowiadał niczego dobrego. Damian, wciąż ubrany w czarne, błyszczące stringi, klęczał na podłodze, z głową pochyloną i karkiem napiętym. W kącie paliła się pojedyncza lampka, rzucając żółtawy blask na jego ramiona. — Taniec — przypomniała cicho. — Nie udawaj, że nie słyszałeś. Nie udawał. Po prostu zbierał siły. Wiedział, co to oznacza. Wiedział też, że Marta nie znosi zwłoki. Wstał więc i uniósł głowę. Potem ramiona. Potem biodra. Poruszał się powoli, dokładnie, tak jak ją to podniecało – z mieszaniną napięcia i wstydu. Jego ruchy nie były płynne, były sztuczne, jak u manekina wypchniętego na scenę, który nie do końca rozumie, po co istnieje. Ale dla Marty to było idealne. — Tak — szepnęła, wypuszczając powoli powietrze z płuc. — Teraz zdejmij to. Powoli. Dla mnie. Zdjął. Odsłonięty. Bezbronny. Drobne krople potu spływały po jego klatce piersiowej. Podłoga była chłodna, a powietrze przesiąknięte zapachem wina, skóry i jej perfum. Marta podniosła się, odstawiając kieliszek. Jej ruchy były leniwe, niemal kapłańskie. Przeszła do niego wolno, na bosaka, i palcem wskazującym zatoczyła kółko na jego torsie. — Wiesz, co teraz zrobisz? — spytała. Nie odpowiedział. Nie musiał. — ...
... Pójdziesz do łazienki. Przyniesiesz tę nową świecę. Tę białą. Waniliową. I miseczkę z wodą. — Uśmiechnęła się, nachylając się do jego ucha. — Szykuję dla ciebie wieczór, którego długo nie zapomnisz. Poszedł. Przez chwilę w łazience panowała cisza. Białe światło odbijało się od kafelków, zbyt ostre. Tam znowu usłyszał coś, co przeszyłoby go dreszczem… gdyby nie był już na to zbyt otępiały. Pik Tylko raz. Cicho, prawie niezauważalnie. Nie zareagował. Wrócił z miseczką i świecą, klękając u jej stóp. Marta zapaliła knot, wdychając zapach z zadowoleniem. Przyciągnęła go do siebie za włosy i spojrzała mu głęboko w oczy. — Leż — rozkazała. — Ręce wzdłuż ciała. Nie ruszaj się. Nie ruszał się. Świeca uniosła się nad jego piersią. Kropla rozgrzanego wosku spadła na skórę. Zadrżał, ale nie jęknął. Potem druga. Trzecia. Rytmicznie. Jak metronom. Marta była precyzyjna. Na jego torsie powstała mozaika – linie, krzyże, punkty, a każdy piekł jak wspomnienie. A ona… śmiała się cicho. Szeptała coś o tym, że jest jej mapą. Że zna jego każdy centymetr lepiej niż on sam. A potem kazała mu mówić. — Mów mi, kim jesteś — poleciła, siedząc okrakiem na jego biodrach. — Twój — wychrypiał. — Nie wystarczy. Mów więcej. — Twój pies. Twój niewolnik. Twój oddech. Uśmiechnęła się i zsunęła się z niego, zostawiając po sobie tylko gorącą smugę. — A teraz… zapłacisz rachunek. — Podeszła do komody i wyjęła coś z szuflady. Cienki, srebrny łańcuszek. Obroża. Skórzana. ...