1. Za linią snu. Cz.3


    Data: 26.06.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24

    ... Zabierzesz mnie na wycieczkę. Do siebie.
    
    To jedno zdanie uderzyło go jak zimny prysznic.
    
    — Do... mnie? — Zadrżał lekko. — Do domu?
    
    Spojrzała na niego z nieskrywaną ironią. — Tak. Do twojej świętej przystani. Do tej, gdzie pachnie obiadem i ciszą. Idziemy tam razem. I ty wejdziesz. Sam.
    
    Nie pytał, nie próbował się wycofać. Choć wszystko w nim krzyczało. Ubierał się szybko — byle jak. Spodnie, koszula bez zapinania guzików do końca, z lekko przekrzywionym kołnierzykiem. Wciąż czuł na skórze dotyk jej dłoni. W ustach — posmak jej śliny. W głowie — gorączkę.
    
    Podróż odbyli w milczeniu. Marta prowadziła jej czarne Audi z chłodną precyzją, jakby jechała na rutynowe spotkanie. On siedział obok, zgarbiony, z rękoma splecionymi na kolanach. Patrzył na znajome budynki i skrzyżowania, ale w tej chwili wszystko wyglądało jak makieta. Jak fałszywy plan zdjęciowy jego dawnego życia.
    
    Zatrzymali się pod domem. Marta nie zgasiła silnika.
    
    — Wchodzisz. Bierzesz rzeczy. Mówisz, co trzeba. Ale pamiętaj: ja tu jestem. Czekam. — Spojrzała na niego chłodno, bez żadnego cienia czułości. — I jeśli skłamiesz, jeśli spróbujesz uciec — nie wracaj.
    
    Damian przełknął ślinę. Drzwi auta zamknęły się za nim z cichym stuknięciem. Podszedł do drzwi domu jak skazaniec. Ręka zadrżała mu na klamce.
    
    — Damian?! — głos żony nadszedł niemal natychmiast z wnętrza domu. — W końcu! Gdzie ty byłeś?! Nie odpisywałeś całą noc! Nie odbierasz!
    
    Stała w kuchni, w legginsach i bluzie, z wilgotnymi od ...
    ... zmywania dłońmi i zmęczonym spojrzeniem. Pachniała domem. Pachniała normalnością. I była wściekła.
    
    — Gdzie... byłeś? — powtórzyła cicho, ale już bez kontroli w głosie. — Bo jeśli znów powiesz, że w pracy, to przysięgam...
    
    Damian stał nieruchomo, jakby próbował wyłuskać z siebie wersję, która nie zabrzmi fałszywie. Ale wszystkie brzmiały.
    
    — Musiałem… Marta miała… coś się stało i…
    
    — Marta?! — żona wypowiedziała to imię tak, jakby parzyło. — Marta?!
    
    Ty… ty nawet już nie próbujesz się kryć. Nie kłamiesz, bo już ci się nie chce?!
    
    — To nie tak… — Damian cofnął się pół kroku. — To chwilowe. Ja… tylko się gubię. I… wrócę. Muszę tylko coś przemyśleć.
    
    — Nie wrócisz! — krzyknęła. Rzuciła gąbką do zlewu tak, że woda prysnęła na podłogę. — Ja już cię nie chcę. Od miesięcy śpisz obok mnie jak cień. Pachniesz obcą kobietą. Znikałeś na weekendy! Myślisz, że nie wiem?!
    
    — Nie rozumiesz… — wyszeptał.
    
    — O, rozumiem aż za dobrze! — Wzięła głęboki oddech, oczy zaszkliły się jej, ale głos nie zadrżał. — Wiesz co? Idź. Idź do tej swojej Marty. Ale nie wracaj potem tutaj jak pies z podkulonym ogonem, bo nie będę już czekać. Nie będę zbierać po tobie resztek.
    
    Zamarł. Przez ułamek sekundy chciał podejść, dotknąć jej ramienia, powiedzieć coś — ale nie miał już słów.
    
    Za drzwiami słychać było samochód. Cichy warkot silnika, który nagle ustał. Kroki. Jeszcze nie drzwi — jeszcze chwila. Może wciąż mógł ją zatrzymać. Może Marta jednak...
    
    Trzask. Cichy, pewny. Marta weszła ...
«1...345...»