-
Parobek
Data: 31.03.2026, Kategorie: Geje Twoje opowiadania Autor: blnsklave, Źródło: OpowiadaniaErotyczne-Darmowo
Siedemdziesięcioletni Stanisław, był panem na swoim gospodarstwie. Jego królestwo składało się z zapadniętej chałupy, chlewów śmierdzących gnijącą słomą i pól, które zdawały się ciągnąć aż po sam horyzont, szare i nieprzyjazne. Ale prawdziwym sercem tego królestwa, jego najcenniejszą własnością, był Marek. Marek, pięćdziesięcioletni mężczyzna, był czymś więcej niż parobkiem. Był własnością. Przez lata, stopniowo, dzień po dniu, Stanisław pozbawił go wolnej woli, pozostawiając posłuszny, funkcjonujący szkielet całkowitego posłuszeństwa. Marek nie pamiętał już, jak to jest decydować o czymkolwiek – o tym, kiedy jeść, spać, czy nawet oddychać głębiej. Jego świat zawężał się do rozkazów wydawanych ochrypłym, zimnym głosem jego Pana. Pogodził się. To słowo było kluczem. Nie było w nim już buntu, tylko głęboka, instynktowna rezygnacja, jak u psa, który zna już zasięg swojej łańcucha i bolesność kary za wszelkie przewinienie. Jego codzienność była rytuałem upokorzenia. Chodził nago niemal cały rok. Jego skóra, pomarszczona i opalona na węgiel, była mapą starych biczowań, siniaków i blizn. Zimą, pod cienką warstwą brudnych, niezmienianych kalesonów i podkoszulka z długim rękawem, pokrywała się gęsią skórką i siniała, latem lepiła się od potu i kurzu. Jego kutas, ten zdradziecki kawałek mięsa, niemal zawsze był w stanie wzwodu – nie tylko z niezaspokajanego pożądania, ale z nieustannego, zwierzęcego lęku, który przełączył jego ciało w ciągły stan gotowości. Ta stała erekcja była ...
... źródłem szczególnej satysfakcji dla Stanisława i jego sąsiada Józefa, kolejnego sadystycznego wdowca o zapadłych, chciwych oczach. Była żywym dowodem podporządkowania, fizjologicznym symbolem jego niewoli i upodlenia. Słońce wisiało już nisko, wylewając na podwórze pomarańczowe, leniwe światło, które nie grzało, tylko podkreślało brud i zaniedbanie. Marek dźwigał właśnie ostatni zwój zardzewiałego drutu kolczastego do szopy. Jego stopy, twarde jak podeszwy butów, ale popękane i zabrudzone ziemią, ostrożnie stąpały po ostrych kamieniach. Mięśnie na jego plecach, wiązanki twardych sznurów, napinały się pod skórą. Był wyczerpany do cna, ale wiedział, że to nie koniec. – Rusz się, szmato jebana! – ryknął Stanisław z ganku, opierając się o spróchniałą poręcz. Trzymał w ręku krótki, gruby kij, który zawsze miał przy sobie. – Myślisz, że zasłużysz w ten sposób na żarcie? Marek przyspieszył kroku. Za późno. Stanisław zszedł z ganku, jego ciężkie buty gruchotały na żwirze. Nie mówiąc ani słowa, wymierzył pierwsze uderzenie. Kij świsnął i spadł na gołe uda Marka, zostawiając natychmiastową, czerwoną pręgę, która momentalnie zaczęła nabrzmiewać. Marek wstrzymał oddech, oczy wbite w ziemię. Nie jęknął. Nauczył się tego. – Za wolno, skurwysynu – warknął Stanisław. Kolejne uderzenie, tym razem w pośladek. Ból, ostry i głęboki, rozlał się po miednicy. Dwa razy w te same miejsce. Marek zachwiał się, ale nie upadł. Jego członek, jak na złość, drgnął i jeszcze bardziej stwardniał, wystając ...