-
Bałtycki Rybak Dusz (III)
Data: 22.01.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... rakietowego wykrywa promieniowanie podczerwone o długości fali poniżej 2,8 μm. Miała pole widzenia 1,9 stopnia i mogła śledzić z szybkością 9 stopni na sekundę. W tej sytuacji nic nie zakłócało jej pracy. Z potężną prędkością zmierzała do celu. Zmierzała do punktu przechwycenia. Mikołaj zsikał się w portki w momencie, gdy wystrzelił rakietę. Odrzucił pustą rurę wyrzutni, patrząc, jak rakietowy pocisk zmierza w kierunku znikającego śmigłowca. Miał cichą nadzieję, że tamten jest poza zasięgiem rażenia zestawu. Plutonowy strzelił fotkę i rozdziawił gębę. Technik podniósł głowę znad zestawu. — Kurwa, coś ty zrobił!!! — wrzasnął na całe gardło, widząc smugę za wystrzeloną rakietą. — Ja pierdolę!!! — wrzasnął szeregowy zsw stojący z boku. Pozostawało im się modlić i mieć nadzieję, że śmigłowiec znajdzie się poza zasięgiem rażenia. Po 14-17 sekundach, jeśli pocisk nie trafił w cel, następowało samozniszczenie rakiety. Śmigłowiec nie był tak daleko, jak im się wydawało z poziomu plaży. Był w odległości ponad dwóch kilometrów i nie oddalał się z prędkością powyżej 220 m/s. Pocisk miał zasięg do 3400 metrów. Nie było szans, by „śmiglak” zdołał uciec. Nie wykonywał też żadnych uników ani manewrów. Nie wstrzeliwał pułapek termicznych typu „chaff”. Najnormalniej w świecie odchodził od brzegu. — Ty jebany debilu, pierdolony kretynie!!! — wrzeszczał technik, śledząc lot rakiety. ******** Okolice poligonu Wicko. Pokład Mi-14PS „Haze 016”. Znaleźliśmy się na ...
... wysokości poligonu na Wicku. Piloci zawsze mieli tu jakieś obawy. Nie do końca wierzyli w zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Poligon to poligon, wszystko się może zdarzyć. Nad morzem, zarządzany przez WLOP, użytkowany teraz przez Wojska Lądowe. Ta mieszanka trzech rodzajów Sił Zbrojnych w jednym miejscu nie zwiastowała nic dobrego. Rozwodnienie odpowiedzialności, gdyby coś się stało. Do lotników mieliśmy pełne zaufanie. W końcu sami byliśmy jednostką latającą, a że Marynarki Wojennej, to inna bajka. Czasami czuliśmy się bliżej lotnikami niż marynarzami. Szczególnie w sytuacji, gdy spotykaliśmy się z personelem pływającym, a nie daj Boże z bubkami, z okrętów podwodnych. No kurwa, elita, najlepsi z najlepszych. Podwodni łowcy za pięć groszy. Piloci naszych śmigłowców niemiło wspominali kontakty z pilotami maszyn myśliwskich. Ci na rurach to kolejne „królewiątka”. Elyta, najlepsi z najlepszych, swoisty „Top Gun” dla maluczkich w polskim wydaniu. Paru pilotów z „rur” zmieniło zdanie, gdy musieli katapultować się nad Bałtykiem. Jako ratownik wiedziałem to najlepiej. Ratowałem raz katapultującego się pilota Mig-23. Drżał jak osika, gdy w maju pamiętnego roku podejmowałem go ze spokojnej toni Bałtyku. — Ty, o co chodzi? — zapytałem technika, widząc jakąś smugę zbliżającą się w naszym kierunku. Technik spojrzał z przerażeniem. — Sławek kurwa, rakieta, jebnęli w naszym kierunku rakietę! — wrzasnął na całe gardło, rozpoznając zagrożenie. — Pierdolisz !!!— krzyknął ...