-
Bałtycki Rybak Dusz (III)
Data: 22.01.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... pierwszy pilot, nie wierząc w to, co widzi. To coś zapierdalało w naszym kierunku. — Witek, podnosimy maszynę, do góry, dajemy w kierunku słońca! — wrzasnął, ciągnąc wolant do siebie. Brutalnie i szybko podciągali maszynę ku górze, kierując się na wysokość tarczy słońca. Żadne z nas nie wiedziało, czy to rakieta kierowana na podczerwień, czy radiolokacyjna. — „May Day”, „May Day”, „May Day”, tu „Haze 016”, zostaliśmy ostrzelani rakietą z poligonu w Wicku — ryknął w radio drugi z pilotów. Nasz Mi-14 wył niemiłosiernie. Pilot wyciągał z niego maksymalną moc silników, uciekając w kierunku słońca. Tam miał zamiar zgubić wystrzeloną rakietę. Nikogo z naszych nie uczono ucieczki w takiej sytuacji. Nigdy nie szkolono nas do takiej sytuacji. Nie było mowy i nikomu to w głowie się nie tliło, by z rakiet przeciwlotniczych walić w śmigłowiec ratunkowy SAR. Owszem, ostrzał z broni strzeleckiej był przerabiany, gdzieś w teorii. Nie byliśmy jednostką Combat SAR. W przeciwieństwie do maszyn ZOP, nasze Mi-14 nie miały „chaff” – pułapek termicznych na takie sytuacje. Ich miejsce zajmowały bomby oświetlające dzienne lub nocne. W tej sytuacji mieliśmy dzienne – dymne. Nic nie dawały, te nocne dawały ciepło, były sygnalizacyjne. Jednak ich ślad cieplny był o wiele niższy niż ślad potężnych silników Mi-14. — Trzymajcie się, spróbuję ją wymanewrować — krzyknął pierwszy pilot, ściągając drążek sterowniczy. — Radek !!— jęknęła Klaudia, patrząc na mnie przerażonym ...
... wzrokiem. Byliśmy zapięci pasami. Obie dłonie trzymałem na zatrzaskach pasów. Byłem gotowy, by wyswobodzić nas oboje. Technik, bez namysłu, otworzył drzwi boczne śmigłowca. Działał jak robot. Żadne procedury tego nie przewidywały. Działał pchany jakąś wewnętrzną siłą. Ta potężna krowa, wzbiła się i pilotowana przez obu bohaterskich pilotów teraz przepadała w dół. Próbowali za wszelką cenę wymanewrować tę rakietę. Jebnęło. Dostaliśmy w prawy silnik. Blisko dziesięciokilogramowy pocisk trafił w prawy silnik naszego Mi-14, niszcząc go w całości. Zawyły wszystkie możliwe sygnały alarmowe śmigłowca. Byliśmy wysoko. Moc spadła. Obróciło nas delikatnie. Do wnętrza śmigłowca dostał się dym. Śmigłowiec stał się niestabilny. Powoli opadał. Kabinę ponownie omiótł dym. Pilot opanowywał ranioną maszynę. Góra dół i góra dół. Walczyli, by maszyna ustabilizowała lot. Walka dwojga ludzi z bezduszną maszyną, niestabilną, słabą i bezbronną. — Tu „Haze 016”, spadamy!!! — rzucił drugi z pilotów. — Wyłączam oba silniki, straciłem prawy silnik, autorotacja, siadamy na morzu!!! — krzyczał pierwszy pilot. — Kurwa. Trzymajcie się – wrzeszczał do nas technik. — Piotr, łopaty, wyłączone oba silniki, naciskaj orczyk, siadamy na autorotacji, musimy opanować maszynę — rzucali do siebie. Widziałem paniczny wzrok Klaudii. Mocno uchwyciła moją dłoń. Czekałem na to, co się stanie, i wiedziałem, że po tym wypadku muszę podjąć poważną decyzję. Po raz kolejny ocierałem się o śmierć. Ocierałem się ja, jak i ...