-
Bałtycki Rybak Dusz (III)
Data: 22.01.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... bliska mi osoba. Nie wiem, w jaki cudowny sposób opanowali śmigłowiec. Wygrali tę walkę. Zdołali opanować te bezduszną maszynę. Ustawili śmigłowiec, tak, by w miarę możliwości wodować bezpiecznie. Nie na darmo byli nazywani cholernymi wariatami. Wyprowadzili naszego „Haze” z niekontrolowanego obrotu. — Trzymaj prędkość powyżej 110, łopaty ustawione, autorotacja — usłyszałem. Nim zwodowali „śmiglaka” na gładkiej powierzchni morza, zdołali nam tylko zakomunikować. — Jebniemy trochę, uważajcie. Usiedli na morzu koncertowo. Technik wypchnął przy mojej pomocy na zewnątrz tratwę ratunkową. Pociągnął za linkę, uruchamiając jej napełnienie. Otrząsnąłem się z szoku. Odpiąłem Klaudię. — Piloci, bierz się za nich, wypierdalamy — krzyknąłem. Ci siedzieli nadal przypięci w kokpicie. Szczęśliwi, że posadzili maszynę na wodzie. Mi-14 był co prawda przystosowany do wodowania, ale tylko w sytuacjach awaryjnych. — Lista kontrolna zakończona, możemy zakończyć — usłyszałem. — Koniec miłości, wypierdalać — rzuciłem, rozpinając pasy drugiego pilota. Piloci do końca nie wierzyli, że wylądowaliśmy w tak profesjonalny sposób. Klaudia umieściła technika w tratwie i zajęła się teraz pierwszym pilotem. Nie ogarnęła jej panika; podobnie jak ja, działała pod wpływem adrenaliny. Oni zrobili swoje, ratując nas, teraz naszym zadaniem było umieścić ich w bezpiecznym miejscu. — Kurwa, żeby nam, tylko nie zatonął — rzucił pierwszy pilot, patrząc na pokiereszowanego ...
... „śmiglaka”. Rakieta całkowicie zniszczyła jeden z silników, który nadal dymił, mimo że został wyłączony. Odpłynęliśmy tratwą na bezpieczną odległość od śmigłowca. Tkwił biedak na powierzchni morza jak pokiereszowany ptak. — Darłowo SAR, tu „Ratownik 01”, wypadek na wysokości Wicka, cała załoga ewakuowana, czekamy na ratunek — krzyknąłem w radio. Nikt nie odpowiedział. Moje pięciowatowe radio mogło mieć zbyt mały zasięg. — Ustka SAR, to załoga „Haze 016”, May Day, May Day, May Day, katastrofa lotnicza, wzywamy pomocy — nadała na innym kanale Klaudia. — Tu Ustka SAR, podaj koordynaty, wysyłamy pomoc — usłyszałem w jej radiu. Popatrzyłem w jej oczy. Te prześliczne oczy. Wiedziała lepiej niż ja, co zrobić i gdzie nadać. Zdałem sobie sprawę, że czas jej nauki dobiegł końca. Była już rasowym ratownikiem. Nie potrzebowała mnie. — Podaj wszystkie dane, dowodzisz — rzuciłem krótko. Piloci spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Nie wierzyli, że przekazuję jej dowodzenie. — Kocham cię, wiesz — rzuciła, całując mnie w usta przy wszystkich. Nim z Ustki wypłynął okręt ratunkowy, dotarła do nas „Anakonda” z Babich Dołów. Koledzy z bliźniaczej jednostki byli szybciej niż ta poczciwa krypa z SAR. Klaudia dowodziła, dowodziła pełną gębą. Z dumą obserwowałem, jak odpala racę, jak podnosi kciuk, dając chłopakom z Babich Dołów sygnał, że jesteśmy cali i zdrowi. Przemogłem się. Nie ja tu teraz dowodziłem. To ona była liderem tej akcji ratunkowej. Nie miałem nic przeciwko temu, że byłem ...