-
Bałtycki Rybak Dusz (III)
Data: 22.01.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... ewakuowany przed nią. Na pokład „Anakondy” została wciągnięta na końcu. — To pan? — zapytał mnie jeden z ratowników, w którym poznałem swojego byłego kursanta. — No — odpowiedziałem. — Klaudia rządzi, co nie? — zapytał. — Jak widać — odparłem. Była w żywiole. Przekazywała dane pilotów, technika i moje. Gdy zakończyła, zbliżyła się do mnie. — Dziękuję — rzuciła. — Za co? — zapytałem. — Wiesz dobrze za co — odparła, głaszcząc mnie po twarzy. ***** — Nie ma latania razem, kategorycznie wam tego zabraniam i jak mi operacyjny was razem połączy, to go wyjebię do Gołdapi — wrzeszczał „stary”, gdy powróciliśmy do bazy. Stałem razem z Klaudią przed nim. Bogu ducha winni, ofiary zestrzelenia przez siły własne. — Czy wy mnie chcecie doprowadzić do zawału, a może do udaru? — zapytał, patrząc na nas. Klaudia bała się go przeraźliwie, więc było jasne, że się nie odezwie. Osobiście z dowódcą miałem inne kontakty — bardziej ludzkie i bezpośrednie. Znaliśmy się kilkanaście lat. — Można podziękować matowi, możemy dowódco porozmawiać sami? — zaproponowałem. Spojrzał na mnie swoim specyficznym wzrokiem. Wiedziałem, że przystanie na moją propozycję. Za długo się znaliśmy. Przystał na to, dając Klaudii znak, by opuściła kancelarię. Pozostaliśmy sami. — Nikt tego nie mógł przewidzieć, to zwykłe działanie — rzuciłem. Nie przyjął tego jako pewnik. Nerwowo poruszał ustami. — To nie jest normalne, zabraniam ci z nią latać. Już raz straciłeś w locie ...
... ukochaną osobę i mało ciebie nie straciłem. Nie kuś losu, do kurwy nędzy. Macie się ku sobie, i to widać. Jesteś szczęśliwy, jak wtedy, gdy byłeś z Agnieszką. Zabraniam ci — wyrzucił z siebie, będąc cholernie czerwonym na twarzy. Kiwnąłem głową na znak, że przyjąłem to do realizacji. Nie było sensu kłócić się z przełożonym. Sam miałem zamiar podjąć taką decyzję — nawet bardziej ostrą i konsekwentną. Zakończyliśmy rozmowę. Gdy wyszedłem z kancelarii, czekał już na nas prokurator wojskowy i żandarmeria. Nie dano nam nawet chwili odpoczynku. — Kto w nas jebnął, panie kapitanie? — zapytałem, wkurwiony, oficera z prokuratury. — Na razie badamy sprawę, najprawdopodobniej nieszczęśliwy wypadek — odparł wymijająco. — Niech pan nie pierdoli, panie kapitanie, taka rakieta nie naprowadza się ot tak, ktoś musiał śledzić nasz lot i nacisnąć spust w odpowiedniej chwili — wyrzucił wkurwiony pierwszy pilot naszego śmigłowca. — Panie kapitanie, proszę się uspokoić — usłyszał od gościa z prokuratury. Przesłuchanie trwało ponad godzinę. Nic nie dowiedzieliśmy się o przyczynach wypadku. Po oficerze z prokuratury w obroty wzięli nas specjaliści z Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Klaudię i mnie przesłuchali jako pierwszych i zwolnili do domu. Bardziej zajęli się maglowaniem obu pilotów i technika. Nie było to dziwne, wszak oni byli fachowym personelem latającym i mogli wnieść o wiele więcej niż zwykli ratownicy. Dopiero gdy dotarliśmy do domu, stres zaczął nas puszczać. Po ...