-
Bałtycki Rybak Dusz (III)
Data: 22.01.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... jedną ważną rzecz do przekazania. — Po jedenastym listopada, no i chciałem dowódcę prosić na świadka — oznajmiłem, wlewając w siebie dawkę alkoholu. Wypił i się zadławił. Powstałem, uderzając go w plecy. — Ty mnie do zawału doprowadzisz, jak miły Bóg zejdę z tego świata przez ciebie — wyrzucił, gdy doszedł do siebie. — To znaczy dowódca?… — zapytałem, nie wiedząc, czy się zgadza. — Tożbym psim pyskiem szczekał, jakbym się nie zgodził, pewnie, że tak — odparł, nalewając kolejną dawkę. Szczęśliwie piliśmy przed końcem mojego dyżuru i szczęśliwie żadnego wylotu w tym dniu dla mnie nie było. Obaliliśmy do 09:30 resztę butelki „Smirnoffa”. — Dzisiaj udaje się na odprawę, dowodzi szef sztabu, podstawcie samochód dyspozycyjny — poinformował sekretarkę. — Ale na jaką odprawę? — zapytała kobieta. — Halinko, łebska jesteś, coś wymyślisz, Radek nam tu się żeni, rozumiesz — rzucił sekretarce. Halinka już nie raz potrafiła wymyślić takie odprawy lub spotkania, że nawet minister by w to uwierzył. — Na co taki zdziwiony, jedziemy do ciebie, twoja luba teraz jest na dyżurze to chata wolna, trzeba się lekko sponiewierać — rzucił. Odparłem tylko-tak jest. Po chwili pani Halinka poinformowała dowódcę, że gdyby coś, to jest na spotkaniu w kurii biskupiej jako zaproszony gość. Szef sztabu już wiedział, że przejmuje pałeczkę w procesie dowodzenia. Najważniejsze, że i biskup wiedział, że „stary” tam jest. Słowem pełna „maskirowka”. Dyspozycyjny „Honker” ...
... dowiózł nas do mojego mieszkania. Wcześniej zakupiłem odpowiedni zapas alkoholu i „przepojki”. Dowódca zwolnił kierowcę, wpisując w rozkaz wyjazdu magiczną formułkę „kierowca wraca sam”. Zasiedliśmy w mieszkaniu. — A kto świadkową? — zapytał „Stary”. — Marzena, ta ratowniczka — odparłem. — A ty wiesz, że nasz Kojtuch, ten pilot z Mi-2 się w niej zabujał? — rzucił komandor, patrząc mi w oczy. Nie wiedziałem. Paweł był kawalerem, młodszym niż ja. Całkiem możliwe było to, że zabujał się w tej dziewczynie. — Oj, wywróciłeś mi mój świat tutaj, wywróciłeś, ale nikogo tak nie lubię i nie szanuje jak ciebie. Pamiętam cię, jak dostałeś się tutaj, taka sirota… – zaczął te specyficzne „długie Polaków rozmowy”. Gadaliśmy długo. Bez panowania, nie było czuć różnicy stopni i funkcji. Jak dobrzy znajomi, jak ludzie, którzy dobrze się znają i jeden drugiemu jest w stanie pomóc w potrzebie. — A co z wypadkiem? — zapytałem, będąc już nieźle wstawionym. Dowódca omiótł mnie wzrokiem. Był już też niezłe nawalony. Uśmiechnął się i specyficznym wzrokiem mnie prześwietlił. — Ale przysięgnij, gęba na kłódkę, to co ci powiem, zostaje między nami, nawet swojej nie powiesz. Przysięgniesz? – zapytał. — Przysięgam — rzuciłem, chcąc poznać prawdę. Nabrał powietrza w płuca. Spojrzał mi prosto w oczy. — Synalek generała, młody podporucznik, nawalony jak stodoła, 2,2 promila po zatrzymaniu, bo spierdolił z poligonu, wziął zamiast szkoleniowej wyrzutni, bojową. Nadlecieliście, ...