-
Bałtycki Rybak Dusz (III)
Data: 22.01.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... poszukiwań, Bałtyk nie oddał ciała Radka, traktując je jako swoją własność. Zgodnie z morskim ceremoniałem odbył się pogrzeb. Specyficzny pogrzeb, bez ciała. Do trumny włożono mundur bohaterskiego ratownika i pozostałe w bazie rzeczy osobiste. Pochowano go obok Agnieszki. Część osób nie wierzyła, że Radek zginął. Niektórzy twierdzili, że uratowała go rosyjska łódź podwodna operująca w pobliżu miejsca wypadku. Przekazywali to innym, twierdząc, że teraz szkoli on rosyjskich matrosów w wojskowej bazie w Murmańsku lub Archangielsku, a w wolnych chwilach łowi ryby w rosyjskich dziewiczych rzekach. Klaudia swoją prawdę poznała dwa tygodnie później, podejmując w mroźny listopadowy poranek jedynego ocalałego rybaka z zatopionego kutra. — Gdzie on jest? — zapytał ją, gdy znaleźli się na pokładzie „Anakondy”. Było cholernie zimno, a on był w pierwszym stadium hipotermii. Pomyślała, że facetowi coś się przyśniło. Okryła go kocem i podała mu ciepłą herbatę z termosu. — Nikogo oprócz pana już nie ma, reszta zginęła — odparła. — Nie, nie o kolegów mi chodzi, tam był ratownik — wyrzucił z siebie starszy człowiek. Zdębiała. Jaki ratownik? Sama wskoczyła do wody i go wyciągnęła. Mężczyzna bredził. Nie wyglądał jednak na takiego, który oszalał. Zachowywał się racjonalnie, zarówno w wodzie, jak i teraz w śmigłowcu. — Był, był przy mnie cały czas. Mówił, że zaczeka ze mną na ratowników. Wiedział, że przylecicie. Był do końca. Nie opuścił mnie. Idź, uratuj go, on tam ...
... czeka – bajdurzył, wierząc w to, co mówi. Nie wierzyła w to, co słyszy. Ten człowiek mówił to z taką szczerością, że nie można było mu nie wierzyć. Otworzyła zamknięte boczne drzwi „Anakondy” i spojrzała na wzburzoną toń Bałtyku. Kątem oka dostrzegła coś, może jej się to przywidziało. Jakby jakaś postać zanurkowała w otchłań morza. — Wiem, że tam jesteś — szepnęła sama do siebie, zamykając boczne drzwi helikoptera. EPILOG Osiem miesięcy później. „Porodówka”, szpital w Sławnie. — Przyj mała, przyj! — wrzeszczała na Klaudię położna. Kobieta po raz kolejny nabierała powietrza. Dziś nadszedł dzień porodu. Od tygodnia leżała na oddziale ginekologiczno-położniczym, a od siedmiu miesięcy była wyłączona z działań ratowniczych. Cieszyła się z tej ciąży. Radek pozostawił po sobie coś niesamowitego. Ich dziecko. Położna obtarła jej pot z czoła. Mocno nacisnęła na brzuch. — Rodzimy kochana, rodzimy — usłyszała Klaudia. Parła, ile tylko miała sił. Po raz kolejny. Lekarz już wcześniej naciął krocze. Rodziła w terminie i o czasie. — Aaaaaaa — wyrzuciła z siebie. — Jeszcze, jeszcze kochana. Jest dobrze, przyj!!! – wrzeszczała położna. Czerwona jak burak po raz kolejny nabierała powietrza. Była cała spocona. — Dawaj, ratowniczko, dawaj, przyj, nie przestawaj — starsza kobieta potrafiła zmotywować „pierwiastki” do wysiłku. Wrzeszczała wniebogłosy, wypychając na świat ich potomka. Czuła ból, by po chwili tulić w ramionach owoc ich miłości. — Chłopiec, ...