-
Otwarte karty
Data: 28.01.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... dowiedzieć? Sięgnąłem po laptopa i rozsiadłem się wygodnie. Z godną zawodowego pianisty wprawą wystukałem na klawiaturze kilka haseł. Przeniosły mnie prosto na witrynę szpitala, w którym pracowała ta intrygująca ślicznotka. Rozpocząłem mozolny przegląd kadr na poszczególnych oddziałach. Każdą znalezioną Klaudię wyszukiwałem następnie na facebooku. Po jakichś dwudziestu minutach przeszedł mnie dreszcz. Klaudia Harasim, znajoma twarz. Szczęście nie trwało jednak długo, gdyż zaraz po wejściu na profil okazało się, że bez statusu znajomego nie mogę nawet sprawdzić jej płci, nie mówiąc już o bardziej pożądanych informacjach. Przypomniałem sobie randkowy opis z aplikacji. To mają być te otwarte karty?! Ze złości uderzyłem pięścią w stół, aż zabrzęczała łyżka w pustej misce po kolacji. Nabrałem głęboko powietrza, powolutku je wypuściłem. Tylko spokojnie… Miałem jej nazwisko, a świat nie kończy się przecież na facebooku. Sprawdziłem instagram. Nic. Potem tik tok, z podobnym skutkiem. Nadzieje odżyły we mnie, gdy mnóstwo wyników wypluł google, ale w linkach do starych stron z korepetycjami i artykułów ze szkolnych gazetek nie było nic interesującego. Choć znalazłem się w martwym punkcie ani myślałem rezygnować. Wiedziałem, że to już desperacja, ale ponownie otworzyłem instagrama. Tym razem nie szukałem osób, lecz lokalizacji. Zacząłem przeglądać wszystkie zdjęcia oznaczone jako zrobione w szpitalu. Nie wiedziałem, na co się piszę. Z jakiegoś powodu chorusy masowo ...
... strzelają sobie fotki pod kroplówką. Mijały minuty, a ja cofałem się nie o kolejne lata, nie miesiące nawet, a raptem tygodnie. Mimo to parłem przed siebie, kompletnie tracąc poczucie czasu. Oczy kleiły mi się niemiłosiernie, w ustach czułem kwaskowy posmak energoli, których puste puszki walały się po stole. W pewnym momencie trafiłem na dobrze mi znany obrazek. Kliknąłem nick autorki. Jakaś amatorska fotografka, zdecydowanie nie Klaudia. Powróciłem do zdjęcia. Co jeszcze mogłem zrobić? Chyba tylko sprawdzić oznaczenia. Wstrzymałem oddech. Jest… Pozostało mieć nadzieję, że nie sprywatyzowała profilu. Kliknąłem. Bingo! Skubana nigdzie nie podała imienia i nazwiska, ale była to bez wątpienia ona. Poruszyłem się nerwowo w przeświadczeniu, że wkradam się w miejsce, do którego nie chciała mnie wpuścić. Trzydzieści dwa zdjęcia… Za mało, by wziąć ją za wariatkę, a przy tym wystarczająco dużo do popatrzenia. Przeglądanie profilu zacząłem tak, jak lubię najbardziej, czyli od tylca. Śledziłem dzięki temu, jak zmieniała się na przestrzeni lat. Już na pierwszej fotografii twarz zakrytą miała do połowy wielkim pęcherzem nadmuchanej gumy balonowej. Znów ta sama sztuczka – pomyślałem, ale nic bardziej mylnego. Tym razem nie poprowadziła mojego wzroku na zamknięte oczy, a balony poniżej. Perspektywa z lotu ptaka gwarantowała jej niewinność, mi zaś tak głęboki wgląd w jej atuty, że i mój ptaszek poderwał się do lotu. Sprawdziłem datę publikacji. Jedenaście lat temu nie była nawet ...