1. Panie Łukaszu...


    Data: 08.02.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24

    ... spod kontroli, opanowały umysł. Czy czeka mnie amputacja? Czy zostanę kaleką? Dlaczego, do cholery, nic nie czuję?
    
    Zatraciłem się w swoich najskrytszych lękach, prześcigając się w wymyślaniu makabrycznych scenariuszy. Mogło to trwać pięć minut, ale równie dobrze kilka godzin.
    
    Po odzyskaniu przytomności umysłu jak gdyby nigdy nic skupiłem uwagę na wenflonie. Po długich rurkach wspiąłem się oczyma do kroplówek. Kolejne naklejki informowały, że przyjmuję solankę, glukozę i jakieś specyfiki o trudnych nazwach, które przywodziły na myśl leki przeciwbólowe.
    
    Wtem coś się poruszyło. W rogu sali stała jakaś postać: karmelowa skóra, kręcone włosy opadające na biały strój pielęgniarki. Odwrócona do mnie tyłem, grzebała w szafie. Ewidentnie miała kilka nadprogramowych kilogramów, ale te tylko dodawały jej uroku. Nawet zapatrzony kątem oka w ten kawał dupska potrafiłem ocenić, że działa wyjątkowo niezdarnie. Bezskutecznie szukała czegoś na półkach, przewracając przy tym chyba wszystkie możliwe naczynia i przyrządy. W końcu jakieś pudełko spadło na podłogę, a przy podnoszeniu go uderzyła się barkiem o krawędź otwartych drzwiczek. W cichym syknięciu więcej było troski o sen pacjenta, niż o własną krzywdę. Odruchowo spojrzała w moją stronę.
    
    – Obudził się pan – zauważyła z uśmiechem pełnym szczerych intencji.
    
    – Tak – odpowiedziałem ledwo słyszalnym głosem.
    
    Wymownie oblizałem się po ustach. Trochę z pragnienia, trochę z ochoty na minetę.
    
    – Zaschło panu w ...
    ... gardle!
    
    Amelia, jak głosiła plakietka, tak zerwała się po coś do picia, że z kieszeni wypadła jej paczka chusteczek. Aż dziw, że w drodze powrotnej się na niej nie poślizgnęła. W pierwszym porywie chciałem odebrać od niej kubek, lecz moje ręce ani drgnęły. Musiała mnie poić. Nie mogę odmówić pielęgniarce troski, ale zręczności już tak, bo wodę ledwo liznąłem. Większość spłynęła mi po podbródku i wsiąkła we włosy na klatce piersiowej. Westchnąłem z dezaprobatą.
    
    – Tak bardzo pana przepraszam! – kajała się.
    
    Raz jeszcze zostawiła mnie samego, by po chwili wrócić z papierowym ręcznikiem. Wycierała mnie z taką czułością, jakiej sam nigdy bym sobie nie okazał. W tamtej chwili nie potrafiłem jednak tego docenić, bo tak się nade mną pochylała, że dzięki nieregulaminowej liczbie odpiętych guzików ujrzałem wielkie, złociste półkule. Były tak masywne i ciężkie, a przy tym bujały się z taką lekkością, że mało nie oszalałem. Przy okazji wyszło na jaw, że oprócz głowy porusza mi się coś jeszcze… Łutowi szczęścia zawdzięczałem pofałdowania na kołdrze, które zamaskowały moją chwilę słabości. Właściwie to siły. Od razu zachciało mi się żyć.
    
    Szybko pożałowałem, że nie wylała na mnie pięciolitrowego baniaka. Ledwo zerknąłem, a już wyprostowała się i popadła w zadumę, jakby napojenie mnie wodą wymagało wielkiego pomyślunku.
    
    – W szafie powinny być chyba słomki – zasugerowałem.
    
    – Rzeczywiście!
    
    Przyniosła. Pamiętała nawet o dolaniu wody. Po wielu perypetiach przywarłem ustami do słomki jak do ...
«1234...14»