-
Mama Mojej Przyjaciółki III: Rocznica
Data: 14.02.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
Zbliżała się nasza rocznica. Trudno mi było uwierzyć, że minął już rok… Rok od tamtej pierwszej, szalonej nocy. Rok od momentu, w którym pozwoliłam sobie zakochać się w kimś zupełnie nieprzewidywalnym i najbardziej właściwym na świecie. Różnica wieku, która mogła kiedyś wydawać się przepaścią, teraz praktycznie nie istniała. Czasem wręcz zapominałam, że dzieli nas dwadzieścia lat, byłyśmy po prostu sobą. Dwiema kobietami, które odnalazły się w najbardziej nieoczekiwany sposób. Weronika wydawała się przejęta bardziej ode mnie, choć udawała, że to wszystko „tak po prostu”. Zaskoczyła mnie zmianą, pewnego dnia przyszła z lekko rozjaśnionymi włosami. Ta subtelna modyfikacja nie była tylko fryzjerską zachcianką. Kiedy na nią patrzyłam, miałam wrażenie, że celowo chciała wyglądać młodziej. Może dla mnie. Może dla nas. I wyglądała olśniewająco. To miała być nasza rocznica. Pierwsza celebracja, odkąd nie musiałyśmy już niczego udawać. Odkąd mogłam trzymać Weronikę za rękę na ulicy i nie zastanawiać się, kto patrzy. Odkąd mogłam powiedzieć głośno „kocham ją”, nie tylko w myślach, nie tylko w szeptach zamkniętych w czterech ścianach. Trzy miesiące wcześniej powiedziałam rodzicom prawdę. Kilka dni później, po moich urodzinach — tych zorganizowanych przez Weronikę i Kasię, pełnych światełek, wzruszeń i miłości tak oczywistej, że aż chciało się ją krzyczeć podjęłyśmy decyzję. Nie będziemy się więcej chować. Pójdziemy razem na urodziny do moich rodziców jak para, jak ktoś, kto ...
... nie wstydzi się miłości. Pamiętam tamten wieczór, jakby wciąż był świeży. Mama otworzyła drzwi z uśmiechem, w fartuchu jeszcze od zapiekanek, pachnąca przyprawami i ciepłem domu. I wtedy mnie zobaczyła, a właściwie nas. Stałyśmy razem, ja i Weronika. — Mamo — powiedziałam, zanim zdążyła rzucić swoje zwyczajowe „dziecko, Ty jak zwykle w nieładzie” - to właśnie moja dziewczyna. Na ułamek sekundy mama zamarła. Uśmiech nie zgasł, tylko jakby się lekko zawiesił w powietrzu, gotowy spaść lub unieść się wyżej. Spojrzała na nią… a potem na mnie. Jakby układała na nowo znane puzzle, które nagle stworzyły zupełnie inny obraz. — No dobrze. Wchodźcie — powiedziała cicho. Może trochę zaskoczona. Ale spokojna. A potem wszystko potoczyło się… naturalnie. Bez fanfar. Bez deklaracji. Witałam kolejnych członków rodziny, przedstawiając Weronikę tak, jakby nie było w tym nic dziwnego. Bo nie było. „To jest Weronika, moja dziewczyna” powtarzałam spokojnie, raz, drugi, piąty. Ludzie reagowali różnie. Ciocia Basia uniosła brwi i zamrugała szybko, jakby próbowała przestawić sobie w głowie jakąś zapomnianą regułę. Wujek Janek tylko uścisnął Weronice dłoń i pokiwał głową. Babcia… no cóż, babcia mruknęła coś pod nosem, czego nie usłyszałam, ale chwilę później już wciskała nam obojgu kawałek swojego legendarnego sernika. Weronika trzymała się blisko mnie, choć z dystynkcją. Jej dłoń pod stołem co jakiś czas odnajdywała moją. Ciepła, pewna. Jakby mówiła: „jestem tu. Z tobą. I nie ...