-
Debiut.
Data: 09.05.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
Wśród rodzinnych podań i legend prym wiedzie historia o moich rodzicach, którzy dumni z narodzin córeczki, od pierwszej niedzieli wiosny do ostatniej niedzieli lata zabierali mnie na spacer po Parku Brzozowym. Droga do najpiękniejszego miejsca w Grzeszynie wiodła przez wąziutki bulwar, gdzie znajdował się jedyny w całym mieście sklep muzyczny. Podobno, ilekroć przechodziliśmy obok niego, ze wszystkich sił próbowałam wydostać się z wózka, płacząc przy tym wniebogłosy. Kiedy podrosłam – to wiem ponad wszelką wątpliwość – dalej chadzaliśmy wytyczonym wcześniej szlakiem. Wyposażona w prośbę i groźbę nie raz zatrzymywałam się przy sklepowej witrynie, żeby głośno domagać się zakupu skrzypiec. To histerycznie wieszałam się tacie na rękach, to ciągnęłam mamę w kierunku wystawy. Nie mogłam pojąć, dlaczego tylko ja doceniam piękno zdobień klonowego korpusu i wstrzymuję oddech na myśl o możliwościach, jakie daje smukły gryf. Chcę wierzyć, że to właśnie tamten egzemplarz otrzymałam potem na szóste urodziny, ponieważ wiszący dziś w honorowym miejscu instrument stanowi symbol tego, co miało wydarzyć się później. Uwierzyłam bowiem, że zawsze dostanę to, czego pragnę. Niesiona prawem samospełniającej się przepowiedni, do szkoły muzycznej weszłam razem z drzwiami. Nauczyciele szybko poznali się na moim talencie i otoczyli mnie indywidualną opieką. Każde zajęcia były jak otwarcie następnego rozdziału pięknej baśni, w której to ja byłam główną bohaterką, zaś skrzypce moim magicznym ...
... rekwizytem. Nic więc dziwnego, że już w pierwszym roku zaliczyłam sceniczny debiut ze starszą grupą, a niedługo później sama prowadziłam rodziców za ręce do Parku Brzozowego, żeby na własne oczy mogli zobaczyć, jak wysunięta na przedzie muszli koncertowej gram pierwsze w swoim życiu solo. Moja muzyczna przygoda składała się z niezliczonej ilości debiutów: pierwszy koncert na pianinie, pierwszy konkurs czy pierwszy występ z autorskim utworem. Debiuty, swoiste kamienie milowe na drodze do świetności były tym cenniejsze, im szybciej udało się je zaliczyć. Każde choćby najmniejsze osiągnięcie zostawiało we mnie ślad, coraz bardziej kształtując moje muzyczne „ja”. Szczególnym zaszczytem był występ w prawdziwej filharmonii, jakiego dostąpiłam jako pierwsza uczennica naszej skromnej szkółki. Odkąd zaprezentowałam się znajomym na jednym z apeli, w liceum nazywali mnie sceniczną bestią. Mówili, że od samej determinacji w moich oczach można dostać gęsiej skórki. Musiałam wierzyć im na słowo, bo wraz z pierwszym muśnięciem strun zapominam o bożym świecie. Koncentruję się wyłącznie na kolejnej nucie, aby nie tylko zagrać ją poprawnie, ale wzbogacić czymś, czego nie zapisuje się na pięciolinii – własnymi emocjami. Delektuję się tą wyjątkową chwilą, kiedy instrument staje się naturalnym przedłużeniem ręki, a ja sama marzeniem dziewczynki, którą byłam dawno temu. Widzę wówczas jej rozpromienioną buzię, dumną z tego, jak pięknie korzystam z dawnych wyrzeczeń i wiem, że dopóki mam ją w sobie nie ...