1. Za linią snu. Cz.3


    Data: 26.06.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24

    ... myślała, że żyje w realnym świecie.
    
    Kiedy przyklęknął przed nią i rozpiął jej spodnie, czas się zatrzymał. Marta pochyliła się, dłonią gładząc mu włosy.
    
    — Zasłużyłeś — powiedziała cicho.
    
    Rozsunął materiał. Jej skóra pod nim była gorąca, gładka, pachniała perfumami i czymś jeszcze – czymś, co zawsze kojarzyło mu się z nią, z nocą, z grzechem. Całował ją. Powoli. Głęboko. Słyszał jak jęczy. A może to on jęczał?
    
    Pik. Pik. Pik.
    
    Dźwięk uderzył go jak sztylet. Przez moment był przekonany, że to echo z jego klatki piersiowej. Że to serce bije zbyt szybko. Zbyt głośno. Ale to nie było serce. Nie do końca.
    
    Dotknęła jego twarzy, potem rozpięła jego spodnie. Wciągnęła go na siebie, siadając na kuchennym stole. Wciąż był świadom obecności Izy – jej spojrzenia, które nie drgnęło ani na sekundę. Tak, była świadkiem. Tak, była tutaj.
    
    Zerwał z niej resztki ubrań, popychany jej ciałem, jej żądzą, jej dłonią na karku. Wślizgnął się w nią jednym, gwałtownym ruchem. Syknęła. On jęknął. Wszystko w nim wybuchło.
    
    Ruchy były desperackie, dzikie, nieprzyzwoite. Pocałunki pełne śliny i wstydu. Słowa – urwane, ostre, surowe. Marta wbijała mu paznokcie w plecy, jęczała mu do ucha, rozkazywała półszeptem. A on spełniał każde z tych słów, jakby nie miał wyboru.
    
    A może nie miał. Może to wszystko nie było wyborem.
    
    Pik. Pik. Pik. Pik.
    
    Głośniej. Krócej. Szybciej. A jednak wciąż w tle.
    
    Czuł, jak zbliża się punkt kulminacyjny. Jego biodra wbijały się w ciało Marty, które ...
    ... stawało się coraz lżejsze, coraz mniej cielesne, jakby miała zaraz wyparować. W jej oczach widział siebie – spoconą twarz, napięte mięśnie, błaganie o jeszcze.
    
    I wtedy, dokładnie w chwili, gdy szczytował z jękiem i grymasem ekstazy, świat się rozpadł.
    
    Nie pękł.
    
    Rozpadł się.
    
    Jak lustro, które nie wytrzymuje ciśnienia.
    
    Ciało Marty zgasło. Iza rozpłynęła się jak cień. Pokój zbladł, kolory odpłynęły, odgłosy ucichły.
    
    Tylko jedno zostało:
    
    PIKPIKPIKPIKPIKPIK…
    
    Natarczywe. Metaliczne. Obce.
    
    Nagle czuł, jakby jego ciało zapadło się w głąb łóżka. Jakby tysiące drobnych igieł zaczęły wnikać mu pod skórę, łamiąc ciszę, rozrywając skórę, kości, wnętrzności.
    
    Powietrze stało się ciężkie. Zimne. Tłuste.
    
    Czuł, że coś odkleja mu się od klatki piersiowej. Jakby własne serce próbowało wyskoczyć. Otworzyć drzwi.
    
    I wtedy...
    
    Oczy.
    
    Nie otworzył ich sam.
    
    Zerwały się. Szarpnęły. Jakby ktoś pociągnął za niewidzialny sznurek.
    
    Światło. Biel. Potworna biel. Kłująca, obnażająca. Sufit. Jakiś cień nad nim. Plastik. Rurki. Kable.
    
    Jęknął.
    
    To nie był jęk ekstazy. To był jęk narodzin.
    
    Coś ruszyło się w gardle. Tchawica zassana rurką. Kaszel – suchy, bestialski. Skurcz całego ciała. Potem ból. Wszystko bolało – nie jak rana. Jak życie, które wracało po latach.
    
    — O Boże… on… on się budzi! — krzyknął jakiś głos, kobiecy, daleki.
    
    I nagle nie był już sam.
    
    Byli przy nim ludzie. Światło. Ręce. Aparatura. Szum. Pikanie.
    
    I świadomość.
    
    Cztery lata. ...
«12...4567»