1. Przygoda życia... cz.3


    Data: 07.07.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24

    Byli już po zaręczynach. Dla nich nie było w tym wielkich fajerwerków, niepotrzebnej pompy ani złotych napisów na niebie. Był szczyt Rysów i chwila warta więcej, niż wszystkie bogactwa tego świata. Wierzchołki gór wyrastające z chmur. Chwila niepewności, a później radość. Zapytał, a ona odpowiedziała z uśmiechem, który miał w sobie wszystko – zgodę, pewność, czułość. Od tamtego dnia minęły trzy miesiące.
    
    Ania nadal pracowała jako przedstawiciel handlowy , kursując między Katowicami, Wrocławiem i Popradem. Marcin robił swoje: Inspektor bhp. W wolnym czasie robił kurs na przewodnika górskiego. Najpierw Beskidy i Tatry, a później kto wie? Mówili, że to trudny czas na planowanie czegokolwiek, ale właśnie w tej niepewności uczyli się siebie najlepiej. Przygotowania do ślubu były nieśpieszne, wręcz spokojne. Ustalili, że ceremonia odbędzie się zimą przyszłego roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, w drewnianym kościele w Dębnie, a przyjęcie – w starej bacówce przerobionej na salę weselną, z widokiem na Gorce.
    
    Jesienią chodzili w Gorce. Zbierali grzyby w ciszy, wędrowali granią przez Turbacz, gdzie wiatr niósł zapach dymu i wilgotnej ściółki. Ania kochała ten czas – złoto w liściach, jego ciepłą dłoń w swojej, długie rozmowy przy herbacie w schronisku Stare Wierchy. Wracali zmęczeni, ale rozpromienieni. W Krakowie życie pędziło, a oni chowali się w górach jak w starym swetrze – miękkim, bezpiecznym, własnym.
    
    Zimą było trudniej, ale tym bardziej ich to cieszyło. Wspinaczki na ...
    ... rakietach w ciszy. Wyprawy w rakach i z czekanami, kiedy śnieg tłumił każdy dźwięk. Raz Zawrat, innym razem Świnica, by już następnego dnia pójść Doliną Chochołowską przy dwudziestostopniowym mrozie, gdzie śnieg skrzypiał pod butami, a para leciała im z ust jak z parowozu. Na Grzesia, później Rakoń i Wołowiec, gdzie silny wiatr jeszcze bardziej obniżał temperaturę. Później w schronisku wrócili do fantazji o Marcinie i Marzenie, tam na Wołowcu, pili grzańca, przytuleni pod kocem, z policzkami rozpalonymi jak dzieci po ślizgawce. Czasem nie rozmawiali godzinami, bo nie trzeba było.
    
    W marcu znów ruszyli na szlaki. Tatry powoli wyłaniały się spod śniegu, jeszcze niepewne, jeszcze nieme. Szli z Kuźnic na Halę Gąsienicową, słońce odbijało się w tafli Czarnego Stawu. Ania zdjęła czapkę i potrząsnęła włosami.
    
    – Za kilka miesięcy wszystko się zmieni – powiedziała cicho. – Będziemy żoną i mężem.
    
    Marcin spojrzał na nią z tym uśmiechem, którego nauczyła się już na pamięć. Był w nim spokój, lekka ironia, czułość.
    
    – Nic się nie zmieni – odpowiedział. – Po prostu będę mógł ci mówić żono i nikt się nie zdziwi.
    
    Wtedy przyciągnął ją do siebie, objął ramieniem, i stali tak chwilę na tle nieba – ona w jego okularach przeciwsłonecznych , on z czapką zsuniętą na czoło. Góry wokół nich były obojętne, potężne, wieczne. Ale w tej jednej chwili wszystko było właśnie tam: między nimi.
    
    Wreszcie stanęli na szczycie Kościelca. Sami, tak jak to sobie wymarzyli.
    
    Po powrocie rozrysowali ...
«1234...14»