-
Przygoda życia... cz.3
Data: 07.07.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... się z rękami nad głową, jakby zapominała, że ktoś patrzy. Marcin nie odzywał się przez długi czas, tylko szedł za nią, coraz bardziej napięty, coraz mniej skupiony na krajobrazie. W końcu, gdy zeszli w boczną dolinkę, gdzie strumień przecinał bukowy las, nie wytrzymał. – Stój – powiedział cicho. Odwróciła się z niewinnym uśmiechem, ale w oczach miała coś więcej. Czekała na to. Złapał ją za biodra, mocno, zdecydowanie, przyciągnął do siebie. Plecak zsunął się z jej ramion z głuchym szelestem. – Wiesz, co robisz – syknął jej do ucha. – Wiesz od samego rana. – A ty? – szepnęła, uśmiechając się kącikiem ust. – Wytrzymałeś długo. Nie odpowiedział. Obrócił ją plecami do siebie, opierając o drzewo. Dłońmi wsunął się pod jej top, potem niżej, pod legginsy. Jęknęła cicho, zaskoczona gwałtownością, ale nie protestowała. Oddychała coraz szybciej, biodra drżały w jego dłoniach. Jej pośladki, napięte, rozgrzane, pulsowały pod jego dotykiem. Wsunął palce głębiej, poczuł jej wilgoć, jej gorąco. Nie potrzebowali słów. Wystarczył oddech, cichy szelest liści i to jedno miejsce – ukryte, dzikie, należące tylko do nich. Gdy już byli jednością, gdy rytm ich ciał zlał się z rytmem lasu, wszystko wokół zniknęło. Żadne spojrzenia, żadna ciekawość świata nie mogła się równać z tym, co działo się między nimi. Po wszystkim usiedli nad strumieniem. Cicho. Nagie stopy w wodzie, splecione dłonie, miękka trawa pod plecami. – Pójdziemy tak przez życie? – zapytała, ...
... patrząc w koronę drzew. – W dzikości, w pożądaniu, w tym naszym lesie? – Jeśli ty tam będziesz – to chcę iść nawet boso. Jeszcze wiosną zaczęli spełniać kolejne swoje marzenie. Śnieg w Tatrach jeszcze trzymał się uporem, ale niższe partie Beskidów i Sudetów już tętniły życiem. Marcin i Ania ruszyli z listą w ręku – Korona Gór Polski. Szczyt po szczycie, weekend po weekendzie. Jakby każdy zdobyty wierzchołek był kolejnym kamieniem w ich wspólnej drodze do czegoś trwałego, głębokiego. Wchodzili na Łysicę z pierwszymi przebiśniegami, mokrzy od deszczu na Mogielicy całowali się namiętnie pod wiatą, dysząc z zimna i podniecenia. Na Śnieżniku schowali się za skałami, gdy Ania, spocona po szybkim podejściu, usiadła mu okrakiem na udach, całując go łapczywie, głodna jego dotyku. Latem przyszła pora na Rysy. Po raz drugi. Znowu z polskiej strony. Tłum był inny niż wtedy – zorganizowane grupy, selfie, pot, przekleństwa. Brakowało tej intymności z dnia zaręczyn, tej magii, którą wtedy przyniosły chmury, chowając ich przed światem, pustki szczytu. Ale Ania się uśmiechała. – Tamtego moment nikt nam nie odbierze – powiedziała, ściskając go za dłoń. – A dziś... dziś mogę cię kusić między ludźmi. I kusiła. Spod legginsów, które miała na sobie, nie było widać nawet zarysu bielizny. A może jej po prostu nie miała? Marcin nie był pewien. Wdrapując się za nią po łańcuchach, czuł, jak rośnie w nim napięcie – jakby z każdym krokiem, z każdym spojrzeniem na jej biodra, pragnął jej ...