-
Otwarte karty
Data: 28.01.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... wyciągnięcie ręki. Zaakceptowała mnie niedługo po tym, jak położyłem się spać. Być może przez całą noc obserwowała mnie pikselowymi oczami i dotknęła zielony znaczek dopiero po tym, jak odstąpiłem od zrobienia jej krzywdy albo – co bardziej prawdopodobne – nudziła się na nocnym dyżurze. Dlaczego wybrała właśnie mnie? Czy tylko za przekroczenie magicznych stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu? A może wiedziała, że dzieląc tę liczbę przez dziesięć uzyska inny, równie istotny wymiar? Na pewno pomagały mi szerokie barki i twarz, przez którą jeszcze w latach dziewięćdziesiątych uchodziłbym za pedała. Teraz gdy oczy przyzwyczaiły się do śniegu za oknem, moje odbicie wyszło na pierwszy plan. Uśmiechałem się. Wielu pewnie znalazłoby się w kropce: jak, kiedy i czy w ogóle wykonać pierwszy krok? Ja nie miałem takich rozterek. Jak głosi pradawne chińskie porzekadło – kto nie pisze pierwszy, ten nie rucha. Miałem wysoką skuteczność w e-datingu, dlatego postanowiłem zastosować sprawdzone rozwiązania i potraktować ją jak każdą inną. Wysłałem jedną ze swoich standardowych bajerek. Odpowiedź przyszła po kwadransie. Spodobało mi się, że nie zwlekała z odpisem. „Nie mam czasu na pisanie. Zaproś mnie dokądś. Jeśli nie wybierzesz żadnej meliny, może się zgodzę ” Nie mogłem pojąć, dlaczego kompletnie zignorowała mój tekst, ale buźka wieńcząca wiadomość dawała nadzieję, że może wcale nie jest psychopatką. Zazwyczaj zapraszam dziewczyny do jednej z dwóch restauracji: budżetowej ...
... lub bardziej ekstrawaganckiej. Postawiłem rzecz jasna na to drugie. Dłużej niż o lokalizacji myślałem nad godziną spotkania. Zakładałem, że może chodzić na nocki, ale popołudniowa randka nie wchodziła w grę, bo te statystycznie rzadziej kończą się w łóżku od tych wieczornych. Początkowo chciałem zasugerować dziewiętnastą, tylko wówczas mogłaby zerkać na zegarek w pośpiechu do pracy. Dwudziesta wydawała się bezpieczna. Na tę porę zgodzi się tylko jeśli będzie miała wolny wieczór. Zaproponowałem więc stolik w restauracji XYZ o dwudziestej. Ponownie odpisała szybko. „Ok.”. XYZ miała w sobie coś z teatru. Starannie rozmieszczone reflektory punktowe rzucały z sufitu jasne wiązki prosto na osiem dwuosobowych stolików jak na pierwszoplanowych aktorów, w niezwykłej grze świateł odseparowując od siebie poszczególne pary intymną ciemnością. Odwiedzając to miejsce zawsze czułem się jak na scenicznym parkiecie, na którym odbywają się miłosne akty. Jaka szkoda, że siedziałem sam. Moje prasowanie koszuli i staranne układanie włosów na żel prawdopodobnie pójdzie na marne, bo jeśli wierzyć zegarkowi, Klaudia spóźniała się od dziesięciu minut. Niestety, nic nie wskazywało na to, że się jeszcze pojawi. Być może należało posłuchać intuicji, która radziła dać sobie z nią spokój? W sukurs przyszła mi grana w tle muzyka. Zbyt cicha na zakłócenie rozmów, ale wystarczająco głośna, bym nie czuł się osamotniony z katastroficznymi myślami. Porzuciłem więc analizę kropki nienawiści z jej ...