-
Panie Łukaszu...
Data: 08.02.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... personelu przestała mnie obchodzić. Grunt, że miałem Amelię, której ze wszystkich sił starałem się udowodnić, że wcale nie jestem kaleką, a wciąż pełnoprawnym facetem. Obawy o to, czy nie zacznie mnie unikać, okazały się bezzasadne. Ba! Z niemałą satysfakcją stwierdziłem, że przesiaduje ze mną więcej czasu, niż wymaga tego praca. Do tego swój naturalny zapach kobiety przykryła tanimi perfumami. Nie podobała mi się ta zmiana, ale przyjemnie było mieć nadzieję, że to może z mojego powodu. Nie pozostało mi nic innego, jak kuć żelazo póki gorące. Moje monologi łagodnym łukiem skręcały w kierunku romantycznych przygód. Wizyty w Żizel zachowałem co prawda dla siebie, ale nie zabrakło historii o zasłużonej sekretarce czy uroczej recepcjonistce ze stolicy. Opowieści te kreśliłem w taki sposób, by ulotna znajomość ze mną urastała do rangi zaszczytu, a każde słowo zaszczepiało w Amelii przekonanie, że choć byłem najlepszym obrońcą w mieście, żadna cipka nie mogła czuć się przy mnie bezpieczna. Jedną z takich anegdot przerwał telefon od Ewy. Podczas krótkiej rozmowy zreferowała mi najnowsze ustalenia. – Być może dałoby się uniknąć niektórych złamań, gdyby nie awaria części poduszek powietrznych. Szczęście w nieszczęściu, te frontowe uchroniły mnie przed poważniejszymi urazami wewnętrznymi – streściłem pielęgniarce. Brązowiutka twarz bodaj pierwszy raz wykrzywiła się w złości. – Nie mógł pan pójść z tym do mechanika?! – Daj spokój, Amelko. Po prostu nie każdy ...
... ma tak wspaniałe airbagi jak ty. – I tu się pan myli. – Triumfalnie pomachała mi przed oczyma palcem. Choć raz mogła wykazać, że nie mam racji. – Tak się składa, że jeszcze nie mam samo… Przechyliłem głowę i uśmiechnąłem się dobrotliwie. – Panie Łukaszu! – W popłochu założyła ręce na piersi. – Jak pan… Panie Łukaszu! Panie Łukaszu… Ilekroć pozwalałem sobie na podobne bezeceństwa, oburzenie pielęgniarki pięknie mieszało się z zawstydzeniem, tworząc sekwencję reakcji wartych ryzyka. „Panie Łukaszu” było dla mnie jak porywający refren przydługiego utworu codzienności. Z powodu poduszki – bynajmniej nie powietrznej – przyszła do mnie innym razem po godzinach. Tak bardzo przejmował ją mój los, że cofnęła się w drodze do domu tylko dlatego, że zapomniała wymienić mi poszewkę na czystą. Wparowała na raptem minutkę, pokazując mi się po cywilnemu, w spodniach z najtańszego materiału i wygniecionej koszulce na ramiączkach. Zdumiało mnie wówczas, jak zaślepiona niesieniem pomocy bezwstydnie obnaża czarne igiełki pod pachami. Bodaj pierwszy raz spojrzałem na nią nie przez pryzmat archetypu pielęgniarki, a normalnego człowieka. W kolejne kilka dni wypytywałem ulubienicę jak kluczowego świadka w trakcie rozprawy. Jej historia nie obfitowała w zagraniczne podróże czy gorące romanse. Miała dwadzieścia cztery, może pięć lat. Pochodziła z wielodzietnej rodziny, toteż w domu nigdy się nie przelewało. Zwłaszcza od czasu ciężkiej choroby ojca, którym stale musiała się zajmować. ...