-
Strażniczka Bałtyku (XI) "Hydra"
Data: 06.04.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24
... Z-33 niedaleko morskiej bazy Tartus. Dowodzący 054, podpułkownik Błochin, zastępca dowódcy pułku, pozostał sam. Miał doświadczenie z Czeczenii. Nalot i doświadczenie spowodowały, że do tego zadania wyznaczono jego. — Zostaliśmy sami, Pietia — zwrócił się do drugiego członka załogi. — Damy radę Jewgieniju — usłyszał w odpowiedzi. Pokonywali dystans dzielący ich od celu. Dotarli w rejon celu w momencie, gdy 013 zrzucił swoją bombę oraz dodatkowy zbiornik z paliwem do Morza Śródziemnego i kierował się na macierzyste lotnisko. — „Wolfy”, tu 054, dajcie Zorze — podpułkownik rzucił umówiony sygnał do naziemnych operatorów z „Wympieła”. Stacja paliw w gubernatorstwie Daj az – Zaur, Syria, w tym samym czasie. „Priom”, gdy tylko usłyszał w słuchawkach głos pilota, uruchomił laserowy podświetlacz celu. Wiązkę dokładnie wycelował w budynek, w którym znajdowali się bojownicy. Obserwowali oba budynki i wiedzieli, gdzie przebywa większość terrorystów. W drugim z nich znajdowało się co prawda kilkanaście osób, ale byli to głównie ochroniarze i kierowcy. Najważniejsi przebywali w domostwie, na które teraz skierował wiązkę lasera. — No to teraz Koleńka będzie bum i pójdą w pizdu do Allacha — szepnął do leżącego obok towarzysza. Słyszeli odgłos samolotu. Zrzut bomby miał nastąpić z czterech góra pięciu kilometrów. Su-24 to nie kukuruźnik, słychać go z daleka. — Trzymaj cel, nie pierdol — usłyszał w odpowiedzi. — 054, masz zorzę — nadał do pilota. — Potwierdź ...
... zorzę. — Potwierdzam, zorza. Pozostało im czekać na działanie pilotów. Gubernatorstwo Daj az – Zaur, Syria, 700 metrów od cmentarza armeńskiego, tuż przy wale ziemnym, w tym samym czasie. — Masz, zobaczysz, jak twój oprawca kończy żywot, skończą się twoje koszmary — powiedziałem, wręczając Klaudii lunetę o dużym powiększeniu. Chciałem, by to widziała; byłem pewien, że gdy to dostrzeże, strach i stres, jakie przeżyła przy rozpoznaniu tego szubrawca, z niej ustąpią. Była już spokojna. Co chwila przerzucała zapleciony warkocz z prawej na lewą stronę szyi. Najwyraźniej nikt nigdy w dorosłym życiu jej go nie zaplótł. Pomimo że z pewnością czuła się niekomfortowo w tej fryzurze, nie chciała mi sprawić przykrości i rozpuścić włosów. — Radek… — zaczęła. — Wiktor, mam na imię Wiktor — przerwałem, zauważając, że po raz trzeci użyła mojego polskiego imienia, jakby chciała mnie zdemaskować. Już wcześniej widziałem zdziwione miny moich operatorów, gdy tak do mnie się zwróciła. Nie panowała nad tym. Byłem w stanie zrozumieć, że w momencie, gdy rozpoznała „bossa”, puściły jej nerwy, ale nie teraz. — Tam są jakieś kobiety — kontynuowała, patrząc przez lunetę. — Nałożnice lub przyszłe terrorystki. Poznałem takie; dwie z nich wysadziły się w Biesłanie. Terroryzm nie ma płci — odpowiedziałem sucho. Odłożyła lunetę na bok i spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, jakby się mnie bała. Niedaleko nas leżał skrępowany „skarbnik”, pilnowany przez „Lochę”. — Chcesz, ...