1. Przygoda życia... cz.3


    Data: 07.07.2026, Autor: Anonim, Źródło: Lol24

    ... zawsze było coś dzikiego.
    
    I było. Babia Góra nie zapomniała ich ciał, ich oddechów, ich szeptów, które uniosły się nad granicą lasu i zniknęły gdzieś w niebie.
    
    Kowadło było inne niż pozostałe szczyty. Ciche, odosobnione, niepozorne. Szli od Bielic przez zasnute mgłą świerczyny, ścieżką miękką od mchów i igliwia. Nie spotkali nikogo. Cały dzień należał do nich.
    
    Ania szła przodem, z rozpuszczonymi włosami, w luźnym swetrze i krótkich spodenkach. Gdy odwracała głowę, jej oczy błyszczały czymś dzikim.
    
    – Tu nawet nie działa zasięg – powiedziała z uśmiechem. – Można zniknąć.
    
    – Właśnie po to tu jesteśmy – odparł Marcin, zbliżając się do niej.
    
    Na szczycie nie było niczego prócz kamienia z tabliczką i kilku powykręcanych drzew. Mgła oplatała ich jak woal. Świat milczał.
    
    Ania nie powiedziała nic więcej. Po prostu zdjęła sweter, odsłaniając nagie plecy i cienką koronkową bieliznę. Stała na środku pustego, wilgotnego szczytu jak zjawa.
    
    Marcin podszedł i objął ją od tyłu, całując kark, potem ramiona, dłonie wędrujące po jej brzuchu, niżej, niżej.
    
    – Jesteś mokra – szepnął.
    
    – Od rana – odpowiedziała. – Tylko czekałam, aż zostaniemy sami.
    
    Nie spieszyli się. Mgła dawała im osłonę, las ciszę. Położyli się na karimacie rozłożonej między korzeniami, owinięci jednym śpiworem. Ania na nim, powoli, z gracją, jakby każde pchnięcie miało rytm starego drzewa.
    
    Jej ciało kołysało się w półmroku, oczy zamknięte, usta lekko rozchylone. Pachniała mokrym lasem, ...
    ... świerkiem, sobą.
    
    Ich oddechy zlały się z szumem liści, a po chwili mgła zdawała się gęstnieć od szeptów i westchnień.
    
    Po wszystkim leżeli razem, przytuleni, słuchając ciszy.
    
    – Chciałabym mieć tu domek – powiedziała nagle Ania. – Taki z oknem na las, z kominkiem, bez niczego więcej.
    
    – I ja. Ale mamy siebie. Wystarczy, że będziemy wracać.
    
    Kowadło nie potrzebowało świadków. Miało ich tylko dla siebie. I zachowało ten sekret między świerkami, mchami i milczącym niebem.
    
    Radziejowa. Ostatnia z ich Korony. Zrobili to. Razem.
    
    Szli z Obidzy w gęstniejącym upale sierpniowego popołudnia, zmęczeni, spoceni, milczący, jakby każde słowo mogło zakłócić ten moment. Gdy pojawiał się wieża, przyspieszyli.
    
    Kilka minut wcześniej wyprzedzili grupę turystów. Mieli może piętnaście minut dla siebie. Może mniej. Ale wystarczyło.
    
    Wieża widokowa była pusta. Z góry rozciągał się widok na fale Beskidu Sądeckiego, rozmyte od upału.
    
    – To koniec – powiedziała Ania, opierając się o barierkę. – I początek.
    
    Marcin podszedł do niej. Nie czekali długo.
    
    Jej plecak zsunął się na podłogę. Wspinaczkowe spodnie opadły błyskawicznie, razem z majtkami. Marcin przyparł ją do drewnianej balustrady, szybko, zdecydowanie, z głodem, który rósł przez całą ich wspólną drogę.
    
    – Szybko – wyszeptała. – Ale tak, żeby zapamiętać.
    
    Rozpiął pasek, zsunął spodenki. Wszedł w nią jednym, pewnym ruchem. Zamarła, zacisnęła dłonie na poręczy. Byli nad drzewami, nad szlakiem, nad sobą.
    
    Każde pchnięcie ...
«12...567...14»